piątek, 8 lipca 2016

Żeby odleżyn nie dostały

Witajcie!
Dziś będą dwie sprawy na tapecie. I o ile pierwsza jest pierwszorzędna, to nad drugą nie ma co się długo rozwodzić. Ale że ja przewrotna jestem, to o pierwszej będzie mniej, a o drugiej więcej. Zresztą to nie tylko kwestia przewrotności. Przecież  fotela i sofy nie da się zabrać ze sobą w plener :) A mój fotel i moja sofa doczekały się narzut, które uszyłam z pięknego lnu :) I jestem z tego bardzo zadowolona, bo straszyły długo swoim nieciekawym obiciem. A teraz przykryłam i jest lepiej. O wiele lepiej!





Sprawa druga to zwykła, niewielka "zamotka". Tak. Zwykła. Tak. Niewielka. Ale dwa motki, z której powstała, czekały w szufladzie prawie trzy lata. Już się bałam, że odleżyn dostaną, więc się wreszcie zmiłowałam nad nimi, chwyciłam szydełko (o tym szydełku będzie nieco więcej pod koniec dzisiejszego wpisu) i wyplotłam takie byle co. Ale przyda się na jesień pod szyję do kurteczki w kolorze jasnego bakłażanu...








I plener...

































Włóczka pochodzi z pasmanterii "Inspiracja" - od Edyty. Ale jaka jej nazwa i skład, nie mam pojęcia. W każdym razie na pewno wełna z domieszką. Może Edyta będzie wiedzieć...

A teraz, jak zapowiedziałam na wstępie, będzie o szydełku - sprawcy mojej niedoli. Kupiłam oczywiście przez internet i oczywiście od razu cztery.




Pięknie wyprofilowane!



Tyle że nie do mojej małej, drobnej dłoni!
Szydełkowałam zamotkę tym żółtym - 2,5. Było cięższe niż zwykłe szydełka bez rączki i jakieś takie niewygodne. Źle mi w doni leżało i tyle. Zaraz na początku, po pięciu minutach pracy bolał mnie kciuk, potem cała dłoń. Ale co było począć, gdy innego o takim rozmiarze nie miałam? Pracowałam więc dalej mimo bólu. W dwa dni uplotłam zamotkę. Następnego dnia (wczoraj) pojawił się ból z prawej strony karku. A dziś nad ranem obudził mnie silny ból nad łopatką. Promieniuje aż do dłoni. Jestem totalnie usztywniona i mam problem z podstawowymi czynnościami. 
I moja przestroga: nigdy nie kupujcie takiego szydełka, a już na pewno nie cztery, zanim nie chwycicie w dłoń. A najlepiej popracować nim chwilę, nim się zdecydujecie na kupno. Bo każda dłoń jest inaczej zbudowana, nie mówiąc już o nawykach co do sposobu trzymania i operowania szydełkiem.
Cóż. Mamy w Polsce szczyt NATO, mam i ja swój. 
Szczyt głupoty.
Zanim się dziś z Wami pożegnam, podziękuję jeszcze za wszystkie zachwyty nad igielnikiem i zdjęciami :) Nie macie pojęcia, ile znaczą dla mnie wszystkie Wasze słowa skrzydlate :)
No to pa!



poniedziałek, 27 czerwca 2016

Dzikie jest piękne

Witajcie :)
Dziś zacznę od pochwalenia się otrzymanym wyróżnieniem za metryczkę zgłoszoną na wyzwanie Od A do Z . 
W nagrodę otrzymałam banerek. Trochę szkoda, że bez mojego nicku lub nazwy bloga. Ale cieszy mnie, że moja praca zyskała uznanie :)
A teraz przechodzę do rzeczy zasadniczej tego postu. Jest nią zapowiadana od jakiegoś czasu dzika różyczka. Szukałam długo jej wzoru. Bo gdy rok temu z wąsem zobaczyłam ją na stronie Faby Reilly, to się w niej z miejsca zakochałam. Niestety, moje poszukiwania spełzły na niczym. W sukurs przyszła mi dopiero Hanulek.  To dzięki Niej mogę się dziś dziko cieszyć dziką różą :) 
Dziękuję!
No to czas na zdjęcia.
Najpierw w trakcie pracy:







Już gotowy kwadracik, ale jeszcze bez koralików:


I skończony:




Haftowałam oczywiście nićmi DMC na tkaninie porównywalnej z belfastem, ale troszeczkę gęstszej i mięsistej. Niestety, nie pamiętam jej nazwy, a szkoda, bo bardziej mi odpowiada, niż osławiony belfast.
A teraz duuuuuuuuużo zbliżeń...
























A skoro jest kwadracik, to nie może być inaczej - jest i biscornu :)
Ale nie takie, jak u autorki. Ja zrezygnowałam z wyhaftowania części spodniej i zastąpiłam ją zielonym lnem, tak jak przy moim poprzednim igielniku. Myślę, że tak jest praktyczniej.
Moja wersja:





Jak widać, szew pokryłam frywolitkowym sznureczkiem, zwanym paprotkowym, nawiązując tym samym do czerwcowej  Nocy Kupały. 
Moją dziką różę z leśnych ostępów postanowiłam zgłosić w wyzwaniu SZUFLADY



W środku igielnika umieściłam uplecioną różyczkę. Sznureczek i koraliki przyszywałam nitką poliamidową i była to niezła zabawa :D
Niteczka jest oczywiście dużo sztywniejsza, śliska i cieniutka jak włosek. Za to z efektu jestem bardzo zadowolona ;)















Ze zdjęć plenerowych przyniosłam do domu troszkę płatków róży :)







Mam nadzieję, że jakoś wytrzymaliście tę moją zdjęciową inwazję. Blog W związku... z nitką powoli staje się bardziej fotograficzny niż robótkowy :D Kocham i jedno, i drugie, ale jeśli Was to irytuje, PROSZĘ, napiszcie szczerze, a ja postaram się zmienić te moje związkowe nawyki. To przecież dla Was prowadzę mój blog i Waszym preferencjom chcę wychodzić naprzeciw :)

Pozdrawiam Was bardzo, bardzo cieplutko, dziękuję za każde, nawet najmniejsze słówko i ogłaszam małą przerwę. Czas zająć się zaległymi sprawami, które już dłużej nie pozwalają na siebie czekać!
Pa

środa, 22 czerwca 2016

Najważniejsze, żeby się wciąć

To będzie cięty post! Ale zanim... to najpierw będzie o niteczkach, które wyjęłam z koperty. 
Cudne są!
Przyfrunęły do mnie z "Mglistego Snu"
Od Joanny.
Za odgadnięcie, co zmieniło się zimą w Jej zjawiskowej pracowni :)
Od dawna podziwiam wszystko, co tworzy Joanna z wielkim smakiem, wyczuciem i spójnym stylem. A pracownia...? Cóż, trwam w zachwycie!
 :)
Niteczki dostałam takie:



Ogromnie mnie ucieszyły i sercem wdzięcznym dziękuję, Joasiu :)

Teraz będzie o tym, co tytuł głosi i co mnie oraz nożyczkom służy. A służy nam nowa mata samoregenerująca do cięcia, prostokątna, bardzo czytelna i stabilna linijka, przyrząd M. Stewart do wycinania różnej wielkości kółek i obręczy (od 2,54 cm do do 14,92 cm średnicy) z papieru i ostrzarka Fiskars do nożyczek, którą skutecznie naostrzyłam już wszystkie, jakie mam w domu. Jestem bardzo zadowolona z tych zakupionych ostatnio rzeczy :)




Oryginalna nazwa przyrządu do wycinania kółek (zdjęcie niżej) to circle cutter.
Na tym filmiku można zobaczyć, jak się go używa. Jest doskonały na przykład do wycinania kółek, które tworzyć mają okienko w środku kartoniku. Nożyczkami nie wychodziło to tak idealnie, jak przy użyciu tego "cyrkla". 



Jak pewnie zauważyli moi drodzy Czytelnicy, nieczęsto pokazuję na blogu swoje zakupy, ale pomyślałam sobie, że może kogoś coś z tych nowych nabytków zainteresuje, bo przecież temat precyzyjnego cięcia i wygody w naszych działaniach jest niezwykle istotny ;)
Czy stosujecie w swojej pracy te przyrządy? Jeśli tak, to jak je oceniacie? Bardzo jestem ciekawa Waszej opinii :)

Jeśli chodzi o robótki, to, jako się uprzednio rzekło, dłubię sobie powolutku moją dziką różę...





Widać, że nie będzie to nic wielkiego, ale mam nadzieję, że się spodoba. Mnie już bardzo cieszy, bo było w planach od dość dawna :)
Serdecznie dziękuję za ciepłe przyjęcie mojej poziomkowej metryczki i podziwiam Was, że cierpliwie wytrzymujecie tę lawinę zdjęć, jaka na Was spada, gdy wreszcie uda mi się coś skończyć i zaprezentować :)))
Trzymajcie się i uważajcie na nadchodzącą falę upałów!
Wasza Chranna